HOSPICJUM TO TEŻ ŻYCIE

Hospicjum domowe św. Kamila w tym roku rozpoczęło 16. rok swojej działalności. Instytucja jest coraz bardziej potrzebna, bo rośnie liczba chorych.

Hospicjum pomaga ludziom w najtrudniejszym okresie – odchodzenia z tego świata, które trwa w chorobie nowotworowej nieraz tygodnie, miesiące, a nawet lata i pełne jest cierpienia fizycznego i psychicznego. Ten czas, tak trudny dla chorych i ich rodzin, można przeżyć godnie, nawet twórczo, jeśli ma się fachowe wsparcie. I takiego udziela to hospicjum. Działa ono na zasadzie wolontariatu, czyli każdy wolontariusz – medyczny (lekarze i pielęgniarki) oraz niemedyczny, oddaje swój wolny czas chorym i ich bliskim.

– Trudno powiedzieć dokładnie, ile wychodzi godzin, średnio dwie dziennie, ale są i sytuacje, gdy wyzwani jesteśmy w nocy lub kilkakrotnie w czasie jednego dania – mówi jedna z sióstr najdłużej związanych z hospicjum, które powstało niemal spontanicznie.

 

Od początku

Dr Anna Byrczek – inicjatorka, założycielka i serce tego hospicjum – po studiach przyjechała do Wilkowic i podjęła pracę w Szpitalu Kolejowym. Tam zetknęła się z chorymi na nowotwory płuc. W tamtych czasach obowiązywała zasada okłamywania pacjenta, co do jego stanu zdrowia. Chorych w pewnym momencie wypisywano do domu i musieli sobie radzić sami. Doktor Byrczek czuła, że jej zadaniem jest się tym zająć, choć przecież wcześniej marzyła o pracy z dziećmi. Zainteresowała się ruchem hospicyjnym, już rozwiniętym w innych krajach. W Polsce zaczął on też szybko powstawać. A ponieważ znalazło się grono osób, które czuły podobnie jak dr Byrczek, wkrótce powstało bielskie hospicjum.

I całe szczęście, bo w ciągu minionych lat pomogło setkom chorych, setkom rodzin. Mogli oni liczyć przede wszystkim na fachową specjalistyczną pomoc medyczną w swoich domach, ograniczenie lub opanowanie najtrudniejszych dolegliwości, jak ból czy duszności. Jeśli pacjent nie cierpi ponad siły, jego choroba w okresie terminalnym jest do zniesienia, mało tego, on chce żyć normalnie, często też przeżywa piękną duchową przemianę, pogłębiają się jego kontakty z najbliższymi, chce rozmawiać o sprawach dla człowieka najważniejszych.

– Czas choroby to czas darowany. W chorobie dochodzi do eksponowania pełni życia. Ja się tego nauczyłam wcześniej i mąż ten ostatni czas wykorzystał, miał chwile dobre i bardzo dobre, miał pomoc duchową, związaną z odwiedzinami księdza – mówi wolontariuszka i jednocześnie żona jednego z chorych.

– Na pierwsze spotkanie z chorym idziemy zawsze z księdzem i często okazuje się, że jest on bardzo przez chorego oczekiwany, choć chory nie prosił o to, bo nie chciał martwić rodziny. Wiadomo, że ksiądz może oznaczać szykowanie się do ostatniego pożegnania. Często obecność księdza chętnie przyjmuje cała rodzina, ale jeśli pacjent nie zgłasza takiej potrzeby – nie ma problemu. Nie ma też żadnego problemu, jeśli ktoś jest niewierzący bądź innego wyznania niż katolickie – tłumaczy doktor Byrczek.

Hospicjum jest od początku związane z bielskimi salwatorianami z parafii Najświętszej Marii Panny Królowej Polski, którzy nie tylko udzielają gościny na spotkania, pomieszczeń na magazyn sprzętu, ale czynnie włączają się w wolontariat, współtworzą Salwatoriańskie Stowarzyszenie Hospicyjne, które powstało po to, by doprowadzić do zbudowania hospicjum stacjonarnego, bo i takie jest bardzo potrzebne.

Księża czynnie uczestniczą w jego ramach w rozwijaniu akcji Pola Nadziei prowadzonej wśród młodzieży.

– Staramy się o budowę hospicjum stacjonarnego, ale będziemy bronić zawsze opieki hospicyjnej w domu, bo żaden oddział szpitalny, nawet najlepszy, nie zapewnia chorym takiej opieki, jak rodziny, w domu. Miłość dostaje się od najbliższych – podkreśla dr Byrczek.

Wdzięczność

– Dzięki pomocy hospicjum siostra mogła być tak długo w domu, do końca. Czuła, że jest ta opieka, dostała taką pompę, która dozuje tlen i jest lepsza od butli, dzięki temu mogła z nami spędzić ostatnie chwile, tak jak tego sobie życzyła, jak my tego pragnęliśmy – mówi przez łzy młoda dziewczyna.

– To była taka ciepła pomoc, jakiej ani żaden lekarz, ani szpital by nie dał. Dostałam tyle serca, tyle ciepła, tyle dobroci. Gdy przychodziła pani doktor i pani pielęgniarka, nieraz i w nocy, mąż wtedy lepiej się czuł, było to wsparcie duchowe i lecznicze. Pod każdym względem jestem bardzo wdzięczna, gdyby nie to, nie wiem, jak by było, bo jak się ma tak ciężko chorego, to człowiek jest nieraz bezradny. I do tego ostatniego dnia byłam przygotowana, bo wcześniej nie umiałam siebie tego wyobrazić. Nie umiem powiedzieć, ile mam wdzięczności. Mąż też był bardzo wdzięczny, taki już słaby powiedział jedno: – Bóg zapłać – mówi żona niedawno pożegnanego chorego.

Opowiada też, jak bezduszne są nasze przepisy i jak nie biorą pod uwagę sytuacji wyjątkowych. Jej mąż nie tolerował morfiny, a jedyny dla niego lek przeciwbólowy był bardzo drogi. Nie dostał refundacji, mimo licznych próśb. Dobrze, że rodzina udźwignęła ten finansowy ciężar.

– Ten pan był bardzo dzielny, a cała rodzina wspaniała. My przychodzimy, jesteśmy godzinę czy dwie, ale odchodzimy do innych, a rodzina zostaje i jest cały czas z umierającym. Czasem to trwa miesiące, tygodnie. Dla mnie pani postawa to potwierdzenie, że miłość istnieje. Łatwo mówić o miłości, gdy jesteśmy młodzi i zdrowi. Ale dzień po dniu, godzina po godzinie, w chwili krwotoku, wcale niemiłego zapachu, widoku... Mąż tak długo żył i tak się trzymał, bo miał w pani oparcie. To dla nas, zespołu hospicyjnego było budujące – dodaje dr Anna Byrczek.

Wolontariusze

Wolontariusze trafiają do hospicjum różnymi drogami

– Mnie zaprosiła pani doktor, powiedziała – przyjdź, zrobisz coś dobrego. I przyszłam, szkoliłam się, zdobywam doświadczenie, i tak jest – my dajemy coś pacjentom, oni dają nam – mówi jedna z sióstr.

– Ja jestem w hospicjum 14 lat. Wiedziałam, że jestem tam potrzebna, ale najpierw pomagałam siostrzenicy, więc nie miałam czasu, a w pewnym momencie zagadnęła mnie koleżanka, ja się nadal wymawiałam brakiem czasu, ale ona już dzwoni do doktor Byrczek, a doktor mówi: – Cieszę się bardzo, bo już jesteś potrzebna – opowiada druga wolontariuszka.

Inna, drobna przemiła siostra lubi dzieci, dlatego pracuje głównie z nimi. Mówi: – Dzieci są wspaniałe, szczere do bólu, świadome swojej choroby, nie wolno ich okłamywać. Lubią rozmawiać o śmierci. – Dzieci mają szczerą wiarę, dlatego łatwiej z nim rozmawiać o śmierci – dodaje pani doktor.

Wolontariuszami są nie tylko pielęgniarki. – Gdy skończyłam pracę zawodową nauczycielki, chciałam być pożyteczna. Przeszłam szkolenia, zaczęłam chodzić do chorych. I wtedy zachorował mój mąż. Dlatego moja sytuacja jest inna i dramat też większy. Nie umiałam sobie wyobrazić, że mam być wolontariuszką dla mego męża. Choroba trwała dwa lata, stan bardzo ciężki to prawie rok. To było coś darowanego, że mąż mógł być w domu, gdzie się dobrze czuł i że umierał na naszych rękach w miłości mojej i dzieci. Gdy było źle, natychmiast zjawiał się ktoś z hospicjum. Było zawsze to ciepło i rozjaśnianie, gdy przyszła pani doktor, i było to wsparcie. Robiło się wtedy weselej i pojawiało się więcej nadziei – wyznaje wolontariuszka.

 

Coraz więcej zgłoszeń

Statystyka hospicjum ciągle się zmienia. Gwałtownie przybywa potrzebujących pomocy. Nowych zgłoszeń jest coraz więcej. Dlatego każda osoba, która chce i potrafi pracować, jest na wagę złota.

– Zwłaszcza pielęgniarek potrzebujemy. Te, które są, pracują wspaniale, chwalą je chorzy, ja też to dziś robię, ale potrzebujemy nowych. Nasze siostry są przeciążone. Powinny mieć więcej urlopu, po śmierci chorego, parę dni za żałobę, pożegnanie się, by my przywiązujemy się do naszych chorych – mówi dr. Byrczek.

– Miałam taki dzień, że byłam przy śmierci trzech osób – potwierdza siostra.

Nawał zgłoszeń powoduje, że nie zawsze wolontariusz może się zgłosić w terminie, jakiego oczekuje rodzina.

– Wszyscy chcą, abyśmy przychodzili przed południem, a my przecież wtedy pracujemy zawodowo. Jeśli mam siedem zgłoszeń, siłą rzeczy muszę ustalić jakąś kolejność. To nie zawsze spotyka się ze zrozumieniem rodzin i chorych, a my już po prostu nie dajemy rady, choć bardzo chcemy. Przydałaby się nawet w niektórych przypadkach opieka całodobowa, ale to już całkiem niemożliwe. Może kiedyś, przy pomocy miasta... – mówi pani doktor.

Bardzo przydaliby się też mężczyźni, ich siła fizyczna. Do wolontariatu zgłasza się dość dużo osób, ale nie wszystkie zostają. Zanim staną przy łóżku chorego, muszą przejść szkolenie, w trakcie którego otrzymują wiele niezbędnych wiadomości. Nie wszyscy mogą pracować z chorym, część wspomaga hospicjum „z drugiej linii”, wydając sprzęt, czy dowożąc żonę –pielęgniarkę (tak robi mąż jednej z wolontariuszek).

Hospicjum to jedna duża rodzina, gdy się w nią wchodzi, zostaje na dłużej. Nawet jeśli już na tym świecie nie ma chorego, dzięki któremu doszło do pierwszego kontaktu, rodzina przychodzi na comiesięczne spotkania modlitewne, rekolekcje, rozmowy.

– Przychodzę tu nadal. Czuję tu ciepło, tu otaczają mnie bratnie dusze – mówi młoda dziewczyna. Teraz, po odejściu swojej siostry, postanowiła zostać wolontariuszką. Skończyła już kurs.

Inna z pań z kolei jeszcze nie jest gotowa, by powrócić do pracy w hospicjum. Zbyt przeżywa odejście męża, ale przychodzi na spotkania. – Tak. Jest wtedy lżej – potwierdza.

Czy chciały kiedyś rzucić tę pracę, tak trudną, wymagającą wielkiego poświęcenia, dyspozycyjności w dzień i w nocy? Wolontariuszki przyznają, że bywa trudno, ale jednocześnie ta praca daje tak wiele im samym, że wciąga i wręcz uzależnia. One dają chorym swoje serca, ale i oni nie są im dłużni.

– Bez tego nie da się żyć. Byłam sześć tygodni za granicą i tęskniłam za hospicjum, brakowało mi tej pracy – przyznaje siostra, który lubi dzieci.

Ludzie zdrowi boją się już samego słowa hospicjum. Wolą odsuwać od siebie myśli na temat choroby, śmierci. Ale, niestety, coraz więcej osób ma i będzie mieć do czynienia z hospicjum, bo rośnie liczba chorych na nowotwory. Dlatego warto pamiętać, że hospicjum to także życie, jak przypomina powtarzane ostatnio hasło.

I jest ono bardzo prawdziwe w świetle słów przytaczanych powyżej. Padły one na spotkaniu wspólnoty hospicyjnej, w którym dane mi było uczestniczyć na zaproszenie dr Anny Byrczek.

– Było już zgłoszenie rodziny, która z dowiedziała się o hospicjum z Magazynu Samorządowego w Bielsku-Białej. Choć istniejemy już tyle lat, nie wszyscy o nas wiedzą – powiedziała nam pani doktor.

Katarzyna Kucybała

MAGAZYN SAMORZĄDOWY WYDANIE SPECJALNE LIPIEC 2007

Nasze hospicjum

Stowarzyszenie
"Hospicjum św. Kamila
w Bielsku-Białej"

ul. NMP Królowej Polski 15
43-300 Bielsko-Biała
tel. 33/ 811 03 67
e-mail: zarzadkamilbb@vp.pl

NIP 547-210-59-44
REGON 241158869

Konto bankowe
ING Bank Śląski
nr 15 1050 1070 1000 0023 4115 9347

wpis do Księgi rejestrowej
podmiotów wykonujących

działalność leczniczą
pod nr 000000025415

Polecamy